Warszewiec, Kurzy Młyn i trochę dobrej energii

Czyli co właściwie dzieje się przy Judyma 1? Są w Szczecinie miejsca, obok których przechodzimy setki razy i właściwie ich nie zauważamy. Budynek, ulica, trochę zieleni, niewielki strumień – ot, zwyczajny fragment miasta. A potem człowiek zaczyna grzebać w historii i nagle okazuje się, że pod tym pozornym spokojem kryją się tysiące lat ludzkiej obecności, …

Czyli co właściwie dzieje się przy Judyma 1?

Są w Szczecinie miejsca, obok których przechodzimy setki razy i właściwie ich nie zauważamy. Budynek, ulica, trochę zieleni, niewielki strumień – ot, zwyczajny fragment miasta. A potem człowiek zaczyna grzebać w historii i nagle okazuje się, że pod tym pozornym spokojem kryją się tysiące lat ludzkiej obecności, dawne młyny, wędzone kurczaki płacone w ramach daniny, stare koło młyńskie, niezwykłe losy mieszkańców, opowieści o duchach i – jakby tego wszystkiego było jeszcze mało – Pomorskie Towarzystwo Psychotroniczne.

Wtedy wypada już przyznać: Judyma 1 nie wybrało sobie chyba najnudniejszego kawałka Szczecina.

A ponieważ właśnie tutaj mieści się siedziba Pomorskiego Towarzystwa Psychotronicznego, którego Zarząd mam przyjemność współtworzyć, postanowiłam przyjrzeć się bliżej miejscu, w którym spotykamy się z ludźmi, prowadzimy wykłady, zajęcia, sekcje i szkolenia. I przyznam, że im głębiej zaglądałam w historię, tym bardziej miałam ochotę powiedzieć: „No dobrze… coś tu jednak jest”.

Najpierw była woda

Warszewiec to niepozorny szczeciński strumień o długości około pięciu kilometrów. Bierze początek na Warszewie, płynie przez północną część miasta i ostatecznie uchodzi do Osówki. Nie wygląda może jak Amazonka, ale nadrabia życiorysem.

Nad Warszewcem stwierdzono ślady osadnictwa ludzkiego sięgające neolitu. A zatem na długo przed powstaniem współczesnego Szczecina, ulicy Judyma i oczywiście Pomorskiego Towarzystwa Psychotronicznego ludzie uznali, że okolica tej wody jest całkiem dobrym miejscem do życia.

Przypadek? Być może. Ale nie wyciągajmy jeszcze wahadełka. Dopiero zaczynamy.

W średniowieczu i kolejnych stuleciach nad Warszewcem działały młyny wodne. Jednym z nich był Kurzy Młyn – Kückenmühle – związany z terenem dzisiejszej ulicy Doktora Judyma. I tutaj historia robi się naprawdę wdzięczna, ponieważ według dawnych przekazów nazwa młyna miała mieć związek z daniną płaconą przez jego gospodarza w… wędzonych kurczakach.

Dzisiaj podatki płacimy przelewem. Czy jest to rzeczywisty postęp cywilizacyjny – pozostawiam Czytelnikom do samodzielnej interpretacji.

Sam młyn na przestrzeni wieków występował pod różnymi nazwami: Honemule, Huenermuele, Hühnermühle, Kickermühle czy Kyckermühle. Historia najwyraźniej długo nie mogła się zdecydować, jak właściwie ma się to miejsce nazywać. Gdybyśmy chcieli dziś poddać wszystkie te nazwy analizie numerologicznej, mielibyśmy materiał przynajmniej na jedno całe spotkanie naszej sekcji numerologii.

W 1594 roku młyn został wykupiony przez Radę Miasta Szczecina za 430 guldenów, a pieniądze miały pochodzić z kar pobieranych za kradzież drewna. Trzeba przyznać, że historia potrafi tworzyć połączenia, na które współczesny autor raczej by się nie odważył: kradzione drewno, kary, młyn i wędzone kurczaki – a wszystko to w jednym miejscu.

Miejsce, które zaczęło służyć ludziom

W XIX wieku okolica zmieniła swoje przeznaczenie. W 1862 roku Gustav Jahn zakupił młyn wraz z gruntem, a rok później rozpoczęła się tutaj działalność zakładu opiekuńczego. Z czasem powstało ogromne Kückenmühler Anstalten.

I słowo „ogromne” naprawdę nie jest przesadą. Na początku XX wieku znajdowało się tutaj około 75 budynków. Były domy mieszkalne, obiekty szpitalne, warsztaty, szkoła z biblioteką, laboratorium, sala gimnastyczna, kuchnia, pralnia, zabudowania gospodarcze, kościół i ogrody. Przez całe to niewielkie miasteczko nadal płynął Warszewiec.

W pewnym okresie placówka należała do bardzo nowoczesnych jak na swoje czasy. Opiekowano się tutaj przede wszystkim dziećmi i osobami wymagającymi szczególnego wsparcia.

Historia tego miejsca ma jednak również bardzo bolesną kartę i tutaj nie ma miejsca na żartobliwy ton. W czasie II wojny światowej osoby z niepełnosprawnościami stały się ofiarami nazistowskiej polityki eksterminacyjnej. W 1940 roku mieszkańcy zakładu zostali wywiezieni, a wielu z nich później zamordowano. To także jest pamięć tego miejsca i należy o niej mówić z szacunkiem.

A co z duchami?

Kiedy wydaje się, że mamy już wszystko – neolit, średniowieczny młyn, wędzone kurczaki, wielki kompleks opiekuńczy i trudną historię XX wieku – pojawia się jeszcze jeden element tej opowieści.

Mostek przy ulicy Judyma.

Z tym miejscem związane są lokalne historie o ukazujących się duchach. Według jednej wersji miały to być duchy dzieci związanych z dawnym zakładem, według innej opowieści sięgają nieszczęśliwych miłości z czasów średniowiecznych.

Czy ktoś te duchy widział? Podobno.

Czy mamy na to dowody? Nie znalazłam.

Czy bioenergoterapeutka może przejść obok takiej opowieści zupełnie obojętnie? No… byłoby trudno.

Traktuję ją jednak tak, jak należy traktować lokalną legendę: z ciekawością, odrobiną tajemnicy, ale bez przedstawiania jej jako udokumentowanego faktu. Bo nie wszystko, co fascynujące, musi od razu zostać uznane za prawdę. Czasem dobra opowieść może pozostać dobrą opowieścią.

Chociaż przyznam, że duchy – jeśli rzeczywiście czasem spacerują po okolicy – wybrały sobie interesujące sąsiedztwo.

A dzisiaj przy Judyma 1 spotykamy się my

Historia zrobiła bowiem kolejny zakręt i dzisiaj przy ulicy Doktora Judyma 1 mieści się siedziba Pomorskiego Towarzystwa Psychotronicznego.

Spotykają się tutaj ludzie zainteresowani psychotroniką, bioenergoterapią, radiestezją, Reiki, numerologią, ziołolecznictwem, psychogenealogią, duchowością, rozwojem człowieka i naturalnymi metodami wspierania zdrowia i dobrostanu. Prowadzimy wykłady, spotkania sekcji, kursy, szkolenia, warsztaty i – co równie ważne – zwyczajnie ze sobą rozmawiamy.

Jedni przychodzą z dużą wiedzą i doświadczeniem. Inni dopiero rozpoczynają swoją drogę. Jeszcze inni przychodzą z czystej ciekawości.

I tych ostatnich lubię szczególnie.

Bo w PTP naprawdę nie trzeba zostawiać sceptycyzmu na wieszaku przy wejściu razem z kurtką.

Można wejść z nim do środka.

Można pytać, dyskutować, mieć własne zdanie, czasem się nie zgadzać. Można powiedzieć: „Nie wiem, czy w to wierzę”. Można usiąść, posłuchać i samemu sprawdzić, czy wśród poruszanych przez nas tematów znajduje się coś, co warto poznać bliżej.

Psychotronika nie musi mieć śmiertelnie poważnej miny

To jest dla mnie bardzo ważne. Duchowość nie oznacza, że od wejścia musimy mówić szeptem. Bioenergoterapia nie odbiera poczucia humoru, a człowiek trzymający wahadełko nadal może śmiać się z samego siebie. Być może nawet powinien od czasu do czasu.

Im dłużej pracuję z ludźmi, tym bardziej widzę, że zdrowy dystans potrzebny jest również w świecie duchowości i ezoteryki.

Możemy rozmawiać o energii, intuicji, radiestezji czy naturalnych metodach pracy z człowiekiem. Możemy sięgać do dawnych tradycji i zestawiać je ze współczesną wiedzą. Możemy zastanawiać się nad tym, czego jeszcze nie rozumiemy.

I możemy czasami po prostu powiedzieć: „Nie wiem”.

To są dwa bardzo mądre słowa.

A zaraz po nich mogą pojawić się następne:

„To sprawdźmy”.

I chyba właśnie ciekawość jest jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie możemy przynieść ze sobą na spotkanie.

Warszewiec tymczasem płynie dalej

Jako bioenergoterapeutka nie potrafię przejść obojętnie obok symboliki wody. W wielu kulturach woda oznacza życie, przepływ, oczyszczenie i przemianę. W psychologii, kulturze i duchowości często staje się symbolem emocji, podświadomości i tego, co znajduje się głębiej, pod powierzchnią.

Czy Warszewiec „pamięta” wszystkich ludzi, którzy przez tysiące lat żyli nad jego brzegami?

Nie wiem. I nie zamierzam przekonywać, że nauka potwierdza coś, czego nie potwierdza.

Ale jako metafora jest to niezwykle piękne.

Bo ten niewielki strumień rzeczywiście towarzyszy ludziom od bardzo dawna. Widział pierwszych osadników. Napędzał koła młynów. Płynął obok domów, warsztatów i ogrodów. Był tutaj podczas wielkich zmian miasta, wojen, przebudowy Szczecina i zmiany jego mieszkańców. Dzisiaj częściowo ukrywa się pod ziemią.

A ludzie nadal tutaj przychodzą.

Kiedyś przynosili do młyna ziarno.

Dzisiaj przynoszą pytania.

I chyba właśnie to zdanie najbardziej mi się podoba.

Przyjdź i sprawdź sam

Nie będę obiecywać, że zobaczysz ducha na mostku. Zresztą mamy nadzieję, że duchy – jeśli rzeczywiście gdzieś tam są – znają harmonogram naszych spotkań i nie przeszkadzają prowadzącym.

Nie obiecuję również nagłego oświecenia po przekroczeniu progu PTP. Byłoby to zbyt proste.

Zapraszam natomiast do czegoś, co moim zdaniem jest znacznie ciekawsze: do poznawania.

Historii miejsca. Człowieka. Natury. Dawnych tradycji. Psychotroniki. Medycyny naturalnej. Duchowości. Różnych sposobów patrzenia na świat. A czasem także tematów, wobec których nadal mamy więcej pytań niż odpowiedzi.

Można przyjść na spotkanie, wykład, warsztat albo szkolenie. Można posłuchać. Można porozmawiać. Można zapytać. Można się zgodzić albo nie zgodzić.

Najważniejsze, żeby pozostać ciekawym.

A jeśli po drodze będziecie przechodzić w pobliżu Warszewca, zatrzymajcie się na chwilę i rozejrzyjcie.

Nie dlatego, że na pewno zobaczycie ducha.

Po prostu szkoda byłoby przegapić historię, która od setek lat płynie tuż obok nas.

Agnieszka Witkowska
bioenergoterapeutka
członek Zarządu Pomorskiego Towarzystwa Psychotronicznego